Marmolada Punta Penia - przez lodowiec na najwyższy szczyt Dolomitów

 

 

Marmolada - Punta Penia 3343 m n.p.m.

1 sierpnia 2013 r.

Lago di Fedaia - Rifugio Pian dei Fiacconi 2625 m n.p.m. alpejskie Ghiacciaio della Marmolada (lodowiec)

alpejskie Marmolada - Punta Penia

 

   W okolice Lago di Fedaia docieramy wieczorem około 20. Jak w dziesiątkę trafiamy na wielki darmowy parking pełen samochodów, głównie kamperów. Ustawiamy się na wolnym miejscu a następnie idziemy sprawdzić gdzie zaczyna się szlak na Marmoladę i jak kursuje kolejka. Przy okazji znajdujemy źródło wody i napełniamy baniaki. Na kolację objadamy się pysznym makaronem z sosem z konserwy i idziemy spać. Jutro dzień pełen emocji.

 

Czwartek

   Zdecydowaliśmy się podjechać pod schronisko kolejką, więc dzisiaj spaliśmy trochę dłużej niż ostatnio :) Przepakowujemy plecaki obciążając je dodatkowo liną oraz sprzętem asekuracyjnym i zaraz po śniadaniu udajemy się by stanąć w kolejce do kolejki.

„Odprawa” odbywa się dosyć sprawnie i szybko docieramy na górę na wysokość około 2625 m n.p.m. blisko schroniska Rifugio Pian dei Fiacconi, co niewątpliwie oszczędzi nam czasu i energii. Pierwszy raz na własne oczy widzimy lodowiec, jest jeszcze sporo śniegu ale widać kilka szczelin. Wszystko wygląda inaczej niż wydawało się z daleka, np. z wierzchołka Piz Boè. Na przemian po skałach i śniegu dochodzimy do miejsca gdzie zakładamy raki i uprzęże. Startujemy!

   Cały czas podążamy za grupą z przewodnikiem, a po drodze dołączają do nas dwaj Polacy i dalej trzymamy się razem. Idziemy bez liny ale kiedy przewodnik opiernicza parę, która idzie bez raków i nieodpowiednio ubrana, zaczynamy zastanawiać się czy zbytnio nie ryzykujemy idąc luzem. Ale jeśli dość gęsto idąca 6 osobowa grupa (co 1,50 metra człowiek) nie zapadnie się to my raczej też nie. Postanawiamy, że na razie zostawiamy tak jak jest, a jeżeli wyżej będzie gorzej zwiążemy się we czwórkę.

   Po około 2 godzinach dochodzimy do miejsca gdzie zaczyna się odcinek ferratowy. Na chwilę robi się zator bo są ludzie schodzący już na dół. Dzięki temu mamy czas by spokojnie zdjąć raki i przygotować się do wspinania. W końcu ruszamy. Ferrata jest krótka ale są miejsca gdzie trzeba się wysilić, toteż lonża z taśmy i karabinka często się przydaje. Po pokonaniu ubezpieczonego odcinka wchodzimy na grań. Do naszego celu prowadzi droga po śniegu dlatego ponownie zakładamy raki i ciśniemy dalej do góry.

    Po prawie 30 minutach stajemy pod krzyżem na najwyższym wierzchołku całych Dolomitów – Punta Penia. Widoki ze szczytu są niesamowite, bardzo dobrze widać inne grupy np. Sasso Lungo, Sella czy Tofane. Pogoda jest wymarzona, na niebie trochę chmur, które niewątpliwie dodają uroku ale też trochę straszą. Na wysokości 3343 m n.p.m. wszystko może się zdarzyć.

   Leżymy leniwie na włoskiej ziemi i zadowoleni zajadamy polskie kabanosy. Nasza radość i satysfakcja z tego, że się tu wdrapaliśmy jest nie do opisania. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie ale wszystko ma swój kres. Przedłużamy ten czas i spacerujemy jeszcze chwilę w pobliżu schronu po czym oglądając się za siebie z żalem zaczynamy schodzić. Przed ferratą otrząsamy się i skupiamy na zejściu. Jeszcze tylko lodowiec i będziemy bezpieczni. Schodzimy ostrożnie ale szybko. Aż się prosi by zaliczyć dupozjazd jednak nie dajemy się ponieść tej myśli.

   Kiedy siedzimy już przy bufecie Capanna al Ghiacciaio z dumą spoglądamy na pokonaną drogę. Ten dzień był dla nas wyjątkowy, pierwszy raz szliśmy po lodowcu, zdobyliśmy królową Dolomitów i pobiliśmy nasz rekord wysokości. Czyżby za rok padła 4? ;)

    Na parking dochodzimy zmęczeni i marzy nam się tylko kąpiel i spanie. Jutro jedziemy dalej na południe i po kilku intensywnych dniach chcemy trochę odpocząć.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież