Strict Standards: Declaration of SIGPlusBoxPlusCaptionEngine::addScripts() should be compatible with SIGPlusCaptionsEngine::addScripts() in /home/fotom/public_html/plugins/content/sigplus/engines/captions.boxplus.caption.php on line 0

Rakuska Czuba - Łomnicka Przełęcz

 Rakuska Czuba 2038 m n.p.m. - Łomnicka Przełęcz 2190 m n.p.m.

15 czerwca 2011 r.

Schronisko przy Zielonym Stawie Kieżmarskim czerwony Rakuska Czuba czerwony Łomnicki Staw

kolejką na Łomnicką Przełęcz zielony Wielka Łomnicka Baszta

 

 

 

 

 

Jagnięcy Szczyt - Jastrzębia Turnia

Jagnięcy Szczyt 2230 m n.p.m. - Jastrzębia Turnia 2137 m n.p.m.

14 czerwca 2011 r.

Schronisko przy Zielonym Stawie Kieżmarskim zolty Jagnięcy Szczyt zolty Czerwony Staw Kieżmarski - Jastrzębia Turnia

 

 

 

 

Pańszczycka Przełączka Wyżnia

 Pańszczycka Przełączka Wyżnia

2 kwietnia 2011 r.

Kuźnice niebieski Hala Gąsienicowa niebieski Czarny Staw Gąsienicowy zolty żlebem na Pańszczycką Przełączkę Wyżnią 2171 m n.p.m.

 

   Pogoda w drodze do Zakopanego nie dawała jednoznacznej odpowiedzi co nas czeka tego dnia. Planem było drugie śniadanie na szczycie Skrajnego Granatu (2225 m n.p.m.).

    Przez Boczań szliśmy szybko, chcieliśmy się dobrze rozgrzać przed stromym podejściem. Zjedliśmy posiłek na Karczmisku (1499 m n.p.m.) i sunęliśmy dalej w stronę hali. Chmury wisiały nad szczytami i co jakiś czas robiła się dziura, przez którą słońce wspaniale oświetlało ośnieżone zbocza.

    Sprawnie dotarliśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego, skrót po nim odpuściliśmy sobie ale nie brakowało śmiałków, głównie skitourowców, którzy przemierzali jego taflę. W końcu weszliśmy na żółty szlak prowadzący do naszego celu. Mokry śnieg, topniejące oblodzenia i śliskie kamienie dawały popalić. Szło się wyjątkowo źle, za wcześnie na raki lecz bez nich można było potańczyć na lodzie ;-)

    Byliśmy na Skrajnym Granacie latem i chcieliśmy wyjść na niego tą samą drogą. Na szlaku spotkaliśmy dwóch turystów, którzy również wybrali ten sam szczyt. Bez namysłu postanowiliśmy pójść za nimi, jak nam powiedzieli, wariantem zimowym.

    Zadowoleni z rozwoju sytuacji ruszyliśmy w górę. Po pewnym czasie weszliśmy do żlebu, który robił wrażenie i wraz z wysokością stawał się coraz stromszy i węższy. Aż mnie ciarki przechodziły na myśl, że tamtędy będzie trzeba schodzić.

    Panowie szli przodem, choć moje tempo nie było gorsze. W końcu doszliśmy do grani a tu zaskoczenie, to jeszcze nie szczyt. Zaczęliśmy się rozglądać którędy teraz pójdziemy i nie było gdzie. Tam przepaść, tu stromo do góry. Jesteśmy w d... Tamci zaczęli uzbrajać się w sprzęt do wspinania a my z nadzieją obserwowaliśmy ich i szacowaliśmy czy damy radę bez liny dotrzymać im kroku.

    Żal nas ściskał, że tak blisko byliśmy a musieliśmy posłuchać głosu rozsądku i wracać na dół. Na dół!? chyba wykrakałam to zejście żlebem. Łatwo nie było, momentami warstwa śniegu wyjeżdżała spod nóg. Czekan okazał się niezbędny.

    Po zejściu nad staw z niedowierzaniem patrzyliśmy na przełączkę, którą odwiedziliśmy czystym przypadkiem i z zawodem na szczyt Skrajnego Granatu gdzie nie dotarliśmy.

   Staralismy się znaleźć pozytywy całej sytuacji, niewątpliwie były nimi widoki, które dane nam było oglądać z innej, nieznanej dotychczas perspektywy. Z jednej strony łagodne kopuły Czerwonych Wierchów a z drugiej strzeliste wieże najwyższych tatrzańskich szczytów.

 

 

 

 

Zawrat - Mały Kozi Wierch

 Zawrat - Mały Kozi Wierch

27 lutego 2011 r.

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich niebieski Zawrat 2159 m n.p.m. czerwony Mały Kozi Wierch 2228 m n.p.m.

 

 

 

 

 

Dolina Pięciu Stawów Polskich - Kozi Wierch

 Kozi Wierch

26 lutego 2011 r.

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich niebieski czarny Kozi Wierch 2291 m n.p.m.

 

   Po zimowych wojażach w Tatrach Zachodnich zachciało się nam czegoś innego - wyższego. Pogoda była wyśmienita, od kilku dni królował wyż i grzechem byłoby to zmarnować. Brak doświadczenia zimowego w Tatrach Wysokich sprawił, że długo myśleliśmy gdzie pójść. Wypadło na Dolinę Pięciu Stawów Polskich i Kozi Wierch.

   Wyjechaliśmy z domu po 6 rano w sobotę, koło 8 dotarliśmy do Palenicy Białczańskiej. Lekkie śniadanko, przepakowanie maneli i w drogę do Piątki.

   Do Wodogrzmotów ciągnęło się jak cholera. Było zimno ale marsz z plecakami zapakowanymi na 2 dni szybko nas rozgrzał. Doszliśmy do rozwidlenia z czarnym szlakiem, ponieważ jest krótszy pocisnęliśmy nim do góry. O 11:30 siedzieliśmy w schronisku pijąc gorącą herbatę. Zorientowaliśmy się w temacie noclegów i okazało się, że z miejsc w pokoju nici a nasze śpiwory zostały w samochodzie - mieliśmy jednak karimaty, może jakoś to będzie :)

   Ruszyliśmy w drogę...

   Początkowo szliśmy żlebem bez raków, było dobrze przedeptane, jednak mocne słońce powodowało, że śnieg był coraz bardziej grząski. Traciliśmy siły zapadając się po kolana. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że znajdujemy się w miejscu gdzie w każdej chwili może zejść lawina. Szybko przeszliśmy na teren wypukły. Było już późno, wszyscy schodzili, tylko my parliśmy w górę. Do szczytu było już nie daleko, lecz zmęczenie dawało się we znaki a chmury nadchodzące od Słowacji potęgowały zniechęcenie.

  Mimo wszystko chęć zdobycia Koziego Wierchu zimą wygrała, jakby na nasze życzenie chmury osiadły niżej i na szczycie delektowaliśmy się wspaniałymi widokami.

   Po sesji zdjęciowej w partiach szczytowych ruszyliśmy na dół, gdzie czekały na nas wygodne łoża firmy Gleba-Karimata-Koc :)