Giewont

 

Giewont 1894 m n.p.m.

10 lipca 2008 r.

Dolina Małej Łąki zolty Kondracka Przełęcz 1725 m n.p.m. niebieski Giewont niebieski czerwony Dolina Strążyska 

 

  Ten spontaniczny wypad w Tatry stał się idealnym zakończeniem tegorocznego urlopu, który dotychczas spędzaliśmy nad polskim morzem. Ale ile można byczyć sie na plaży? Coraz bardziej zaczyna nas nużyć taka forma spędzania wolnego czasu. Już teraz postanowiliśmy, że za rok jedziemy w góry na dłużej niż jeden dzień a najlepiej conajmniej na tydzień.

   Montujemy większą grupę i dwoma samochodami mkniemy do Zakopanego. Co prawda dwa lata temu byliśmy na Giewoncie ale chętnie zdobędziemy ten szczyt jeszcze raz i pokażemy go ekipie. Przy okazji chcemy spełnić marzenie Grzesia mamy z okazji zbliżających się jej "okrągłych" urodzin.

   Jako, że trasę przez Małą Łąkę już znamy wybieramy właśnie ten szlak. Poza tym jest on wart zobaczenia bo sama polana jak i widoki na wznoszące się ponad nią szczyty są niezapomniane.

   Kiedy idziemy ścieżką wydeptaną wśród traw polany widać jak większość grupy z zachwytem rozgląda się w około. Widoki na prawdę robią wrażenie.

  Dużo emocji wywołuje moment kiedy na horyzoncie pojawia się krzyż Giewontu. Sprawia to, że podchodzimy bardziej energicznie by jak najszybciej znaleźć się blisko szczytu.

   Tylko my wiemy, że przed nami jeszcze kawał drogi ale nie uświadamiamy rozpędzonych znajomych. Największym zaskoczeniem jest tempo Grześka mamy. Ciśnie do góry jak młoda kozica i zawstydza niektórych z nas :) Ma kobieta kondycję!

 

  Idziemy wesoło zagadani i nie wiadomo kiedy dochodzimy na Kondracką Przełęcz. Stąd widać, że na niebie przybyło chmur ale jesteśmy tuż pod szczytem więc co by się nie działo to na niego wyjdziemy.

   Powoli zakosami podchodzimy pod kopułę szczytową. Ludzi jak zawsze zatrzęsienie. Gdy wstępujemy na skały i zaczynają się łańcuchy Mama próbuje wykręcić się z imprezy :) Jednak nasze silne kilkuosobowe lobby skutecznie przekonuje ją by szła dalej i że na pewno da radę. Za przykłady służą nam cisnące do góry panie w jej wieku, a niektóre znacznie grubsze.

  Na Giewoncie jeszcze więcej ludzi niż ostatnio. To jest dopiero masakra. Ale cóż się dziwić skoro sezon urlopowy w pełni a Rycerz tylko jeden w okolicy :)

Mimo wszystko i ze względu na Mamę postanawiamy wcisnąć tyłki na pojedyncze wolne kamienie pod krzyżem. Skoro już tu wyszła (być może pierwszy i ostatni raz w życiu) to niech sobie posiedzi i ucieszy się tym faktem. A my przy okazji :)

Bacówka na Polanie Strążyskiej

Sarnia Skała

   Siedzimy sobie w najlepsze, a słońce raz wyłania się zza chmur a raz się w nich chowa. Nie chcemy przeginać i zaczynamy schodzić. Ucieczka ze szczytu w deszczu i w towarzystwie tego tłumu mogłaby okazać się drogą krzyżową.

   Gdzieś niżej z dala od szlaku rozkładamy rzeczy i robimy piknik. O tej porze roku góry są chyba najpiękniejsze. Zielona trawa i kwitnące kolorowe kwiaty nadają im sielskiego wyglądu. Posiedzieć w takim miejscu to czysta przyjemność, a poleżeć to dopiero luksus :)

   Chmury już całkiem zawisły nad szczytami i słońce w ogóle nie wychodzi. To znak by pakować manatki i uciekać w dolinę. Na drogę powrotną wybieramy czerwony szlak przez Grzybowiec i Dolinę Strążyską.

   Pierwszy fragment drogi to kamienny chodnik wiodący u podnóża skał, ale dalej czeka nas mała atrakcja. Musimy się trochę pogimnastykować i powspinać na skałkach. Ten fragment z daleka wyglądał groźnie ale okazał się przyjemnym przejściem urozmaicającym normalny szlak.

   Dalej to już praktycznie zbieganie w dół przez co w krótkim czasie docieramy do strążyskiej bacówki.

  W międzyczasie chmury trochę odpuściły, a że jak na zawołanie zwolnił się dla nas stolik, usiedliśmy na dłużej by jeszcze trochę pooddychać górskim powietrzem i zjeść coś pysznego oraz popatrzeć z bliska na północną ścianę Giewontu.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież