Trzydniowiański Wierch - Kończysty Wierch - Starorobociański Wierch

 

Trzydniowiański Wierch 1758 m n.p.m.

Kończysty Wierch 2002 m n.p.m.

Starorobociański Wierch 2176 m n.p.m.

21 kwietnia 2013 r.

Swia Polana zielony Polana Trzydniówka czerwony Trzydniowiański Wierch zielony Kończysty Wierch

czerwony Starorobociański Wierch czerwony Kończysty Wierch zielony czerwony Polana Chochołowska zielony Siwa Polana

 

   13 godzin akcji górskiej w mokrym śniegu, pod koniec w przemoczonych butach. Prawie 30 km w nogach i miliony promieni słonecznych na twarzach. Setki metrów dupozjazdów i przeprawa przez górski potok. Tak w kilku słowach można określić nasz wypad, ale od poczatku...

   Tym razem udało się zgrać więszą ekipą i zapowiada się wesoło.

   Czekając w Jabłonce na Dorotę i Darka pijemy gorącą kawę na cepeenie i przy okazji oglądamy niesamowity wschód słońca. Następnie już razem ciśniemy do Doliny Chochołowskiej. Mamy zamiar zdobyć Starorobociański Wierch.

   Droga do Polany Trzydniówki mija szybko. Po krótkiej przerwie, głównie na mój posiłek, rozpoczynamy podejście czerwonym szlakiem w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu. W przyzwoitym czasie wchodzimy na grań gdzie idzie się już zupełnie inaczej. Myślę, że to za sprawą wspaniałej słonecznej pogody i dawno niewidzianych zachodnio-tatrzańskich szczytów.

Zaczynają się widoki! Tu obrazek z Trzydniowiańskiego.

   Idziemy w kierunku Czubika, zza którego wystają nasze następne cele. Zbocza po południowej stronie są już niemal bezśnieżne. Wykorzystujemy te miejsca maksymalnie bo stąpnie po nich jest dużo wygodniejsze niż po mokrym śniegu.

    Stary Robot czeka w oddali a my walczymy z podejściem na Kończysty, gdzie planujemy dłuższy odpoczynek. W tym czasie kilkanaścioro skitourowców zjeżdża z niego w dół do Doliny Jarząbczej. Obserwujemy ich z podziwem i zazdrością, że ich powrót będzie mega krótki w porównaniu z naszym.

Kończysty tuż tuż...

   Wymęczęni ciepłem i podejściem nareszcie siadamy pod tabliczką szczytową na Kończystym gdzie urządzamy sobie sjestę i kąpiel słoneczną z widokiem na Starorobociański Wierch.

"Trwaj chwilo, trwaj, jesteś taka piękna..."

   Panowie suszą koszulki i paradują toples. My z Dorotą rezygnujemy z tej przyjemności :)

Na Kończystym

Widok na Starorobociański Wierch

I na Jarząbczy z Jakubiną

 

oraz na Dolinę Jarząbczą

  Jest przyjemnie ciepło i możnaby tu leżeć jeszcze długo, ale czeka na nas kolejny dwutysięcznik a czas pędzi nieubłaganie. Zwijamy swoje rzeczy i ruszamy dalej zdobywać główny cel wyprawy.

Kończysty Wierch widziany od strony Starorobociańskiego - z tej perspektywy wygląda jak marny pagórek.

   Północne zbocze Starorobociańskiego jest w całkiem przyzwoitym stanie, śnieg jest jeszcze względnie związany i podchodzi się nieźle, w przeciwieństwie do miejsc od rana nasłonecznionych gdzie momentami zapadamy się po dupę. W wyższych partiach śniegu jest jeszcze sporo, zwłaszcza w zagłębieniach terenu i trochę wody upłynie zanim to wszystko się wytopi.

Ostatnie metry przed szczytem

   W końcu szczytujemy i możemy znowu zrzucić plecaki. Lancz, opalanko, sesja foto... jest bosko! Hasamy po szczycie ile się da i oglądamy cudowne widoki w około.

   Słońce przypieka ale jednocześnie wieje chłodny wiatr, który poniekąd przynosi ulgę. Mimo ciepła zdrowy rozsądek podpowiada by zbytnio się nie negliżować. W końcu wiosna w Tatrach to jak zima na nizinach.

Niektórym pomagało rozpinanie pachy ;) ;P

Cała ekipa na szczycie

Rzut w stronę Tatr Wysokich, a na pierwszym planie Błyszcz i Bystra.

Zbliżenie na Pyszniańską Przełęcz i Kamienistą

Zejście w stronę Siwego Zwornika, ale my tamtędy nie pójdziemy

Doti

Kończysty i Trzydniowiański - czyli nasza trasa, a na dalszym planie z lewej Osobita i po prawej Bobrowiec

Panorama z wierzchołka Starorobociańskiego Wierchu

   Ogłaszamy zbiórkę bo zbliża się pora powrotu. Pakujemy rzeczy i ruszamy w dół.

   Początkowo schodzimy grzecznie po czym Sławek zaczyna zjeżdżać na tyłku czym mobilizuje resztę ekipy do takiej formy transportu. Zaczynamy świrować jak dzieci, zabawa jest przednia. Skracamy i przyspieszamy gdzie jest to tylko możliwe. W efekcie ekspresowo wracama na Kończysty, z którego również mniej strome fragmenty pokonujemy na czterech literach.

---> Video

Ostatni rzut oka na zdobyty szczyt - widać slady naszych zjadów :)

   Czym niżej tym śnieg jest bardziej rozmamłany. Kiedy zjeżdżamy z okolic Trzydniowiańskiego do Doliny Jarząbczej razem z nami osuwają się spore ilości śniegowej breji. W pierwszej chwili ta sytuacja budzi poruszenie. Głupio byłoby końcem kwietnia zginąć w wywołanej przez siebie lawinie. Na szcześćie nie jest to tak niebezpieczne jak nam się na wstępnie wydawało.

   Nasze tempo drastycznie spadło od kąd skończyła się mozliwość zjeżdżania na dupie. Teraz pozostaje nam tylko marsz. Tak się kręcimy, że w pewnym momencie gubimy szlak i idziemy na czuja. Ogólnie kierunek mamy prawidłowy ale nie możemy znaleźć wygodnego przejścia przez potok. Chyba powinien gdzieś tu być mostek, pytanie gdzie? Wyżej czy jeszcze niżej.

   Porzucamy szukanie i próbujemy pokonać go tu gdzie jesteśmy. W butach i tak mamy bagno więc trochę wody mniej lub więcej nie ma już najmniejszego znaczenia.

Przeprawa przez potok

   Zjeżdzając gdzie popadnie nadrobiliśmy kupę czasu i udało nam sie załapać na ostatnie podrygi słońca na Polanie Chochołowskiej. Darek i ja wykorzystujemy ten czas na fotograficzne szaleństwo wśród rozkwitniętych jeszcze krokusów. Wręcz nie możemy się od nich oderwać. W koncu słońce chowa się za górami i kwiaty zamykają pąki. Nie ma światła więc nic tu po nas, poza tym głód robi swoje i w końcu idziemy na pyszny obiad do schronu.

Nie zadeptałam ani jednego!

Mmmm... uwielbiam!

   Na parking docieramy kiedy robi się ciemno. Czujemy się zmęczeni, ale po takiej wyrypie kto by się nie czuł. To jest jednak takie zmęczenie, które gwarantuje zadowolonie i satysfakcję z minionego dnia. Bomba endorfinowa!

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież