Losowe artykuły

Ciśnienie na wyjazd w Tatry mamy od kilku tygodni tak duże, że mimo niezbyt pewnej pogody zdecydowaliśmy, że jedziemy. Liczymy się z tym, że możemy przesiedzieć w schronisku ale ta opcja ostatecznie też nam się podoba :) Ważne by się wyrwać od pracy i codziennych obowiązków i ważne, że będziemy w górach, w Tatrach :) Mimo zapowiadanych na popołudnie burz do schronu idziemy w całkiem ładnej pogodzie. Jednak po pewnym czasie kiedy siedzimy przy obiado-kolacji zaczyna lać jak z cebra. No zajebiście...
Wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały, że w Tatrach można liczyć na bezchmurną i piękną pogodę. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji i bez chwili zawahania wyruszyliśmy w góry. Na Podhale pojechaliśmy w niedzielę popołudniu, planowaliśmy dojść na nocleg do schroniska w Dolinie Chochołowskiej i stamtąd wyruszyć z samego rana na szczyt. Jadąc jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na poniedziałek. Bez zmian! Miało być cudownie a TOPR nadal ogłaszał lawinową jedynkę. Dojeżdżając do Chochołowa spontanicznie zmieniliśmy plany. Tak dobre zimowe warunki musimy wykorzystać lepiej, to był najlepszy moment by zdobyć zimą Rysy.
Tą trasę chcieliśmy zrobić w lato lub jesień. Wyobrażając sobie czarujące kolorami zbocza Kop czekaliśmy tylko na odpowiedni moment. Akurat rozpoczynamy urlop. Po beznadziejnym weekendzie nastał obiecujący początek tygodnia. Szybko organizujemy całą ekipę i suniemy do Podbańskiej na Słowacji. Dojeżdżamy pod hotel Permon, gdzie zostawiamy samochód i szukamy żółtego szlaku prowadzącego do Cichej Doliny. Po około 30 minutach marszu asfaltem mijamy skrzyżowanie ze szlakiem zielonym, po czym skręcamy w prawo na nieoznakowaną drogę gruntową. Od tej chwili musimy wytężyć głowy i liczyć tylko na ogólną mapę oraz orientację w terenie.
Chcemy w Tatry, ale tylko w Niżnych zapowiada się okienko pogodowe około godziny 11:00. W umówionym miejscu spotykamy się z Dorotą i Darkiem, przesiadamy się do jednego samochodu i gnamy na południe. Bez przerwy pada deszcz, mimo to nastroje mamy dobre i z nadzieją czekamy na przejaśnienia. W okolicy Liptowskiego Mikulasza między ciemnymi chmurami pojawiają się pierwsze promienie słońca :) Zajeżdżamy na parking w Dolinie Demianowskiej a następnie ruszamy zielonym szlakiem w stronę Dziumbiera.
Z cyklu WKT zostały nam jeszcze dwa wspaniałe szczyty, Ganek i Staroleśny. Poczynione już dawno plany zakładały, że na pierwszy ogień pójdzie ten pierwszy. Bradavicę, w naszym odczuciu trudniejszą, chcieliśmy zostawić na długi letni dzień. Grzesiek od tygodnia śledzi prognozy i cały czas monitoruje sat24. A ponieważ zapowiada się super pogoda zamiast Ganku będzie Staroleśny. Zmiana planów trochę mnie rozstraja i budzi strach przed tą dziwną górą. Doczytuję, oglądam zdjęcia i próbuję przekonać samą siebie, że dam radę. Trasę "dom-Słowacja" przemierzamy już chyba setny raz. Ta droga wychodzi nam już uszami ale zawsze trochę ją sobie urozmaicamy i mija dosyć szybko. Tu kawka mrożona. Tam lodzik. Na patyku rzecz jasna!

Podobne wpisy