Okno pogodowe na Dziumbierze - majówka w Tatrach Niżnych

 

Dziumbier (Ďumbier) 2046 m n.p.m.

4 maja 2014 r.

Lúčky zielony Krúpovo sedlo 1890 m n.p.m. czerwony Dziumbier (Ďumbier)

 

  Chcemy w Tatry, ale tylko w Niżnych zapowiada się okienko pogodowe około godziny 11:00. W umówionym miejscu spotykamy się z Dorotą i Darkiem, przesiadamy się do jednego samochodu i gnamy na południe.

   Bez przerwy pada deszcz, mimo to nastroje mamy dobre i z nadzieją czekamy na przejaśnienia. W okolicy Liptowskiego Mikulasza między ciemnymi chmurami pojawiają się pierwsze promienie słońca :) Zajeżdżamy na parking w Dolinie Demianowskiej a następnie ruszamy zielonym szlakiem w stronę Dziumbiera.

   Cały czas poruszamy się wzdłuż strumienia, na którym szumią urocze kaskady. Szlak długo wiedzie lasem, najpierw szeroką drogą a potem koszmarnym błotem. Dopiero w wyższych partiach, gdzie jest już kosodrzewina idzie się lepiej. Niebo nadal zasłaniają chmury, w które w końcu wchodzimy.

    Widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Zaczynamy stromsze podejście, początkowo wygodnie zakosami po czym znikają one pod śniegiem a my tracimy orientację. Wiemy, że trzeba iść do góry, ale gdzie? Jakiś czas kluczymy i udaje nam się znależć ślady, które doprowadzają nas na samą grań Tatr Niżnych na przełęcz Krúpovo sedlo.

   Zgasła ostatnia iskierka nadziei, że będziemy ponad chmurami i zobaczymy błękitne niebo. Niezmiennie jesteśmy w chmurach. Bijemy się z myślami i analizujemy wszystkie możliwe opcje. Możemy wracać, pójść do Chaty Štefánika pod Ďumbierom aby przeczekać lub iść na Dziumbier. Licząc na cud pogodowy po krótkiej dyskusji wybieramy opcję trzecią :)

   Wskakujemy na szlak oznaczony na czerwono i po niespełna 30 minutach z mgły wyłania się duży krzyż stojący na szczycie.

   Cieszymy się, że tutaj jesteśmy ale szkoda, że nie widać nic w około. Za wielkim głazem chronimy się przed wiatrem i robimy mini piknik.

    Nagle robi się widniej i pierwszy raz tego dnia widzimy niebieskie niebo. Hurrra!!! Niestety trwa to tylko moment bo od razu napływa nowa dostawa chmur. Postanawiamy, że jakiś czas poczekamy, a nuż się jeszcze wyklaruje :)

 Oszroniony krzyż na szczycie

   Niestety zimno doskwiera tak mocno, że nie da się usiedzieć na miejscu. Dostajemy głupawki i dmuchamy by przegonić chmury, bezskutecznie... :( W końcu kapitulujemy, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i ciśniemy  z powrotem.

   Chmury jakby się podniosły i widzimy nieco więcej niż wcześniej. Już bez problemu schodzimy szlakiem, skracając sobie drogę dupozjazdami po dogorywających płatach śniegu.

    Aż tu nagle chmury dają za wygraną i odpuszczają. Robi się pięknie :) Lepiej późno niż wcale. Nie jesteśmy zbyt wysoko ale widoki są wspaniałe.

 

Zabawa w śniegu trwa w najlepsze :)

   Jednak okienko pogodowe, o którym cały dzień dyskutowaliśmy z Darkiem sprawdziło się, tylko trochę później niż chcieliśmy ;)

 

   Robi się na prawdę pogodnie. Gdybyśmy mogli to przewidzieć na pewno dłużej czekalibyśmy na szczycie.

   Mimo wszystko było bardzo fajnie :)

Dodaj komentarz


Losowe artykuły

Przyszedł czas by odwiedzić rejony Tatr, na które zawsze szkoda było czasu i pewnej pogody, kusiły nas bowiem wyższe i honorniejsze szczyty. Teraz pojawiły się okoliczności, które idelanie pasują do tego by eksplorować łatwiejsze ale równie piękne tereny.
Grań Jubileuszowa na urodziny - z Alpspitze na Zugspitze
Na możliwość wyjazdu w Tatry czekaliśmy ponad dwa miesiące. Kiedy w domu na kamerkach oglądaliśmy piękną pogodę w górach aż żal d... ściskał. Od jakiegoś czasu siedział nam w głowie Szczyrbski Szczyt. "Na tapecie" był już kilka razy ale układało się tak, że lądowaliśmy gdzie indziej. W końcu nastał dzień, który mamy zamiar poświęcić tylko jemu. Wyruszamy w ciemnościach zahaczając po drodze o Szczyrbskie Jezioro. Noc mamy jasną, księżyc oświetla ośnieżone szczyty i bez problemu można rozróżnić poszczególne wierzchołki.
Rosyjski wyż może oznaczać tylko jedno – kilka dni pięknej i przede wszystkim pewnej pogody. Mamy do dyspozycji tylko dwa, więc chcemy je bardzo dobrze wykorzystać. Na pierwszy ogień idą Rysy. Rok po naszym pierwszym zimowym wejściu na najwyższy szczyt Polski postanowiliśmy zrobić powtórkę z rozrywki, tym razem od słowackiej strony.
Połknęliśmy tatrzańskiego bakcyla na dobre i stęskniło nam się za górami. Mamy dwa dni do dyspozycji, więc planujemy dzień w Zachodnich i dzień w Wysokich. Nad Tatrami wiszą chmury, ale mimo to postanawiamy gdzieś pójść, najlepiej szlakiem, którego jeszcze nie przeszliśmy. Wybór pada na „niebieską trasę” z Przysłopu Miętusiego, przez Kobylarzowy Żleb prosto na Małołączniak. Niestety rozpadało się na dobre. Motamy się trochę i zastanawiamy czy jest sens iść dalej, czy wracać, co robić… ? Ale skoro już tutaj przyjechaliśmy to wykorzystajmy ten dzień.

Podobne wpisy