Losowe artykuły

Dzisiaj znowu pobudka o nieludzkiej porze. Każdy normalny człowiek o 5 rano podczas urlopu śpi. Tego wstawania najbardziej nie lubię w górach, jednak coś za coś. Opuszczamy schronisko chyba jako pierwsi. A po tym co widzimy na zewnątrz szybko otrząsamy się z resztek zaspania. Oświetlone na czerwono ściany pobliskiego szczytu sprawiają, że opadają nam kopary. Niezły początek dnia :)
Szybki telefon do Murowańca i nocleg mamy zarezerwowany, pozostaje tylko dojechać w Tatry. Naszym celem jest Walentkowy Wierch lub opcjonalnie Świnica, jeżeli coś stanie nam na przeszkodzie. Kiedy idziemy przez Skupniów Upłaz na niebie zaczyna się koncert kolorów. Najszybciej jak możemy dochodzimy do miejsca gdzie widać więcej i zastygamy omamieni barwami nieba. Możemy jedynie żałować, że nie znajdujemy się w tej chwili na jakimś szczycie.
Już kilka razy umawialiśmy się ze znajomymi, że pokażemy im Tatry. Zaproponowaliśmy wrzesień ze względu na pewniejszą pogodę, niestety nie trafiła nam się najlepsza. Zamiast rudości z słońcu wędrujemy pod chmurką. Startujemy w Kuźnicach. Ruszamy zielonym szlakiem, który widzie blisko trasy kolejki linowej. Młodzież ciśnie przodem a stara gwardia wlecze się na tyłach. Wędrujemy spokojnie bo nigdzie nam się nie spieszy, no może na piwko na szczycie ;)
W końcu dojrzeliśmy do tego by zmierzyć się ze słynną Granią Basz oraz jej panem i władcą Szatanem. Co by nie tracić czasu zajeżdżamy na parking w Szczyrbskim Jeziorze późno w nocy i ucinamy drzemkę do rana. Po porannej toalecie ruszamy czerwonym szlakiem wiodącym do Popradzkiego Plesa, by niedaleko Drygantu odbić w krzaki. Początkowo motamy się którą z wydeptanych ścieżek podążać ale wydaje się, że wybraliśmy dobrze i idziemy dalej.

Podobne wpisy